Boże Narodzenie w klasztorze…

Boże Narodzenie w klasztorze… nigdy nie jest takie samo… nigdy… I Bogu dzięki 🙂 Spotykam się czasem z takim zatroskaniem ludzi: “żeby wszystko było tak jak zawsze”. Nie kwestionuję tego. To ma swoją wartość. Rytuały są czymś świętym w naszym życiu. Trzeba je pielęgnować, żeby istniała ta bezpieczna przestrzeń: “jak zawsze”. Jednocześnie musi ożywiać nas pragnienie, żeby zrobić wszystko, by ON mógł się narodzić, by zrobić Mu miejsce. A każdego roku trzeba to zrobić na nowo. Kiedy wstępowałam do klauzurowego i kontemplacyjnego zakonu to miałam takie przekonanie, że będzie co najmniej… stabilnie. Stabilnie nie jest. Bo życie w takiej wspólnocie to wielka przygoda z Bogiem, a z Nim nigdy nie jest “jak zawsze”. On na to nie pozwoli. Nie pozwoli na wchodzenie w koleiny, żebyśmy nie obrastali w piórka wygody i tzw. “świętego spokoju”. On ma swoje sposoby, by prowadzić nas ku coraz głębszej miłości.

W tym klauzurowo-stabilnym klasztorze co roku świętujemy wielkie Przyjście Boga – Wcielenie w innym gronie. Nie żartuję. Nie zmienia się cały skład, ale kiedy przeglądam zdjęcia z 22 lat wstecz, co roku jest ktoś, kogo nie było wcześniej albo brakuje kogoś kto był. A każdy człowiek to cały odrębny świat.

Dane mi było przeżywać Boże Narodzenie po flamandzku w Brugge, w Belgii i po włosku w naszym klasztorze macierzystym w Scala. Wyjątkowe doświadczenia, które w ogromnym stopniu pomogły mi poznać wewnętrznie istotę tych świąt, kiedy zabraknie całego tego “polsko-tradycyjnego” klimatu, kiedy zostaje się twarzą w twarz z Tajemnicą Boga Wcielonego – obecnego w drugim człowieku. Szczególnie ważne było Boże Narodzenie w Belgii. Wtedy cały grudzień chorowała s. Anne-Marie – ostatnia ukraińska siostra, zmarła w opinii świętości 🙂 tych kilkunastu osób, które miały szczęście ją poznać i z nią żyć. Była bardzo chora, a my robiłyśmy wszystko, żeby jej ulżyć. Nie miałyśmy ani głowy ani czasu, żeby szykować choinkę albo coś piec. Skupiłyśmy się na opiece nad nią i na przygotowaniu liturgii. Kiedy tak siedziałam przy niej robiąc jej kilkakrotnie inhalację w Wigilię Bożego Narodzenia, w pewnym momencie doświadczyłam, że to, co właśnie teraz robię okazując całą miłość mojej siostrze staruszce, jest celebracją Wcielenia Boga, jest rozpoznaniem Jego oblicza w tym słabiutkim już ciele, które jeszcze mogę uczcić jak potrafię najlepiej. Nie potrzebowałam tamtego roku choinki, ani potraw wigilijnych, ani polskich kolęd. Miałam siostrę, w której odnalazłam Boga. Okazywało się potem przez lata, że to, co wtedy przeżyłam ukształtowało mnie tak mocno, że pomaga mi przeżywać Boże Narodzenie naprawdę, a nie tradycyjnie. Szczególnie wtedy, kiedy okoliczności układały się tak, że święta w sercu nie miałam. Wiedziałam już, że trwanie przy Bogu, który “nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił się” aż do ludzkiego ciała i betlejemskiej groty i towarzystwa zwierząt i najuboższych ludzi, jest po prostu istotą tych Świąt.

W Scala przeżyłam Boże Narodzenie całkiem niedawno. Bez tego wszystkiego, co każdemu Polakowi wydaje się integralną częścią Bożego Narodzenia. Wtopiłam się w to inne. Skupiłam serce na istocie, na “Jego przyjściu, które jest pewne jak świt poranka”. Zobaczyłam, że tego wszystkiego, co w Polsce musi być w Boże Narodzenie, tam wcale nie ma. A Boże Narodzenie jest :). Nie ma Pasterki. Nie ma wieczerzy wigilijnej. Jest uroczysta kolacja po I Nieszporach z szynką i wszystkimi smakołykami. Nie ma kolęd. Jest wiele dekoracji, np. “różdżka czy korzeń Jessego”, który przez cały Adwent stał suchy w chórze ozdobiony tylko czterema lampkami, w Wigilię Bożego Narodzenia “zakwita” – cały ozdobiony jak nasza choinka. I właściwie to wszystko “nowe” i brak tego, co takie znane sprawiły, że całe przeżycie skupiło się na Słowie, na Jego “stawaniu się pośrodku nas”. Była natomiast procesja z Dzieciątkiem po całym klasztorze – jak u nas w Bielsku. Przełożona w towarzystwie wszystkich sióstr niosących lampki ze swoich wieczystych ślubów “zagląda” z Dzieciątkiem  do każdego kąta w domu, do każdej celi, do miejsc pracy i posługi sióstr, do nowicjatu. Wszędzie Je zanosi i wszędzie Nim błogosławi na znak, że On WSZĘDZIE się rodzi, w każdym zakamarku naszego życia.

W miarę upływu lat narasta we mnie wdzięczność wobec Boga i ludzi za Dar, jakim jest ten święty czas. Ta Tajemnica powoli uczy mnie szacunku wobec drugiego człowieka dlatego, że jest tabernakulum Boga Żywego. To przenika właściwie całe moje życie jako redemptorystki.

   

Teraz w naszym klasztorze od kilku lat Boże Narodzenie celebrujemy dwa razy w roku :). W końcu tajemnica obfitości Odkupienia wyraża się na wiele sposobów. Już tłumaczę nieuświadomionym: z racji obecności wśród nas sióstr Ukrainek wschodniego obrządku świętujemy 25 grudnia a potem 7 stycznia – według kalendarza juliańskiego. I muszę przyznać, może niezbyt lojalnie, że bardziej podoba mi się wschodni klimat wigilijnej wieczerzy. 6 stycznia rozpoczynamy “szczedryj weczir” od przepięknej modlitwy, która obejmuje wszystkich ludzi świata, później głowa rodziny – a więc przełożona – każdej wręcza kawałeczek prosfory umoczonej w miodzie ze słowem błogosławieństwa. Zasiadamy do stołu tylko przy świecach. Nikt nie chodzi, nie mówi. Jest cisza, która pozwala sycić się tą chwilą. Jedna lub dwie siostry po kolei podają pierwszej siedzącej z brzegu poszczególne potrawy. Każda nakłada sobie na talerz i podaje dalej. W tle słychać kolędy ukraińskie. Potrawy są takie, że niejako zmuszają do myślenia, do modlitwy – symboliczne.

A w naszej Wigilii najbardziej wzrusza mnie dłuuuuga godzina lub dwie godziny 🙂 życzeń. Właściwie to są nie tylko życzenia… Zaczynamy jak wszędzie: od odczytania Ewangelii i modlitwy, a później następuje “łamanie się opłatkiem”. Najpierw czynimy to z naszymi ojcami, którzy przy tej okazji wchodzą do refektarza. Później każda każdej stara się powiedzieć coś najprawdziwszego, dobrego, z serca. Najczęściej już na tym etapie czuję, że to właśnie jest Boże Narodzenie. Ta dobroć między nami i to, że jest w każdej tyle piękna, które potrafi ujawnić i podarować drugiej. Wiem, że to Jego działanie i że każda czyni to w tym dniu właśnie ze względu na Niego, z pragnienia, by On się narodził.

s. Agnieszka Kot – redemptorystka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *